Artykuł z gazety Tylko Polska Nr 33-34(257-258) z dnia 2004 24.08.2005 r.
NIE WRACAM DO POLSKI Z WYCIĄGNIĘTĄ RĘKĄ
Znany polonijny dziennikarz i producent telewizyjny z Chicago - red. Edward Maciejczyk - kandyduje w wyborach parlamentarnych na stanowisko posła RP z ramienia Polskiej Partii Narodowej.
- Co sprawiło, że po tylu latach spędzonych 3 emigracji zdecydował się Pan wrócić do Połci i wziąć udział w wyborach parlamentarnych?
Edward Maciejczyk: Mimo że poza granicami Polski przebywam już od ponad 20 lat, przez cały czas żywo interesuję się sprawami polskimi, zawsze usiłowałem na nie wpływać. Jednak po latach doszedłem do wniosku, że nie da się tego skutecznie robić na odległość. Nawet częste wizyty w Polsce nie zmienią tego faktu.
- Startuje Pan z ramienia Polskiej Partii Narodowej. Wielu obserwatorom polskiej sceny politycznej kojarzy się ona ze skrajnym nacjonalizmem, niechęcią do obcych, antysemityzmem, antyeuropejskością...
E.M.: Zaraz, zaraz! Widzę, że i Pan wchodzi stereotypowe tory myślenia, charakterystyczne dla tych, którzy przez stosowanie negatywnych uogólnień pomijają zasadnicze sprawy. Przede wszystkim wcale nie wstydzę się tego, że moja partia ma w nazwie przymiotnik "narodowa". Czy można mieć komuś za złe, że popiera swój naród albo jest przywiązany do patriotyzmu i tradycji? Prawidłowy nacjonalizm to postawa jak najbardziej zdrowa! Przyjrzyjmy się Amerykanom, którzy są przykładem pozytywnie rozumianych nacjonalistów. Nawet przed meczami koszykówki śpiewają swój hymn! Robią to spontanicznie, bez przymusu. Podczas świąt państwowych wywieszają flagi narodowe i rozgłaszają na prawo i lewo, że mieszkają w najlepszym kraju na świecie. Natomiast ich prezydent na zakończenie każdego oficjalnego wystąpienia prosi Boga o błogosławieństwo dla tego najwspanialszego narodu pod słońcem. Tymczasem w Polsce nadal pokutuje fałszywa martyrologia i walka za wolność najpierw Waszą, a potem naszą.
Postawy patriotyczne są - zapewne za sprawą medialnej propagandy europejskości i zachodniego stylu życia - wyśmiewane i uznawane za anachroniczne. Człowiek z biało-czerwoną flagą w miejscu publicznym jest postrzegany jako oszołom albo skin, a z głośników częściej płynie hymn europejski niż Mazurek Dąbrowskiego. A przecież, w porównaniu z wieloma innymi narodami, nie mamy powodów ku temu, aby wstydzić się swojej historii. Mam wrażenie, wielu Polaków nie zdaje sobie z tego sprawy i nie docenia naszej przeszłości. Środki masowego przekazu lansują obce trendy, zarażając sympatią do nich całe rzesze. Naprawdę w Polsce można żyć inaczej - po polsku, można się realizować i znaleźć szczęście.
- A jak jest z tą niechęcią do obcych?
E.M.: Czy można czynić komuś zarzut z tego, że na pierwszym miejscu stawia swoich Rodaków? Nie ukrywam, iż przede wszystkim zależy nam na Polakach. Jako uzasadnienie takiej postawy przytaczam więzi historyczne, kulturowe, religię, bagaż doświadczeń narodowych, podobną mentalność, a także wspólną przyszłość. Wydaje mi się oczywistym, że Polak jest bliższy Polakowi niż mieszkańcowi Gujany Francuskiej. Nie dostrzegam w tym żadnej patologii, a wręcz przeciwnie - uważam za naturalne. Oczywiście nie oznacza to konieczności odgradzania się wysokim murem od reszty świata. Uważam, że nawiązywanie kontaktów z przedstawicielami innych narodowości i ras jest jak najbardziej wskazane. Takie kontakty - rzecz jasna, jeżeli są wartościowe - trzeba pielęgnować i pogłębiać, ale istnienie państwowości polskiej wymaga przede wszystkim egzekwowania polskiej racji stanu. Nie obchodzi mnie jak to brzmi, ale jest to obecnie dość oczywista prawda w krajach zachodnich, włącznie z USA. Zauważyłem, że bardzo często umyka ona naszym hurra-Europej-czykom i internacjonalistom spod znaku UE.
- Pozostał nam jeszcze antysemityzm...
E.M.: Już wielokrotnie w sposób otwarty - w tym w cyklu programów telewizyjnych - odnosiłem się do tej sprawy. Czy kierując się obiektywizmem dziennikarskim, nie wspominając już o rzetelności - można określić jako "antysemicką" partię, która nie pozwala środowiskom semickim eksploatować Polaków? Doszło do tego, że każdą negatywną - choćby najbardziej uzasadnioną - uwagę pod adresem Żydów próbuje się przedstawiać jako atak na "naszych starszych braci w wierze". Tak się składa, że mamy całkiem sporo takich uwag. Weźmy chociażby skandal związany z przywłaszczaniem przez Żydów polskich nieruchomości, rzekomo należnych im po zamordowanych przez hitlerowców członkach rodzin. Fałszowanie dokumentów i podszywanie się pod spadkobierców jest tu na porządku dziennym. Jestem ciekaw, czy przeciętny Polak ma świadomość, że podczas dorocznych "marszów żywych" w Oświęcimiu porządku pilnują uzbrojeni w broń automatyczną agenci Mosadu? Na terenie Polski legalnie działa ich 2.000 (m.in. pilnują lotniska w krakowskich Balicach). Proszę mi pokazać drugie takie suwerenne państwo, w którym oficjalnie panoszą się służby specjalne innego kraju! Nie byłoby to możliwe nawet w USA, gdzie przyjaźń przyjaźnią, ropa naftowa ropą, ale prawo pozostaje prawem. Świetnym przykładem może być sprawa Jonathana Pollarda, mimo mocnych nacisków Izraela domagającego się złagodzenia kary. Ten szpieg, odsiadujący w USA 20 lat za wykradanie amerykańskich tajemnic wojskowych, nadal przebywa w więzieniu. Ale w Polsce podobna postawa byłaby nie do pomyślenia. Wprawdzie co i rusz wybuchają sztucznie nakręcane afery ze szpiegami rosyjskimi czy amerykańskimi, lecz Mosadu nie nikt nie waży się ruszyć. Dlaczego? Bo ma poparcie w kręgach rządzących.
- Mocne słowa! Stąd już tylko krok do oskarżenia rządu RP o jawną działalność na rzecz Tel Awiwu...
E.M.: Ironia w Pana stwierdzeniu nie zmienia faktów. Proszę zwrócić uwagę na to, w jaki sposób polscy politycy odnoszą się do Izraela.
Do Tel Awiwu ciągną pielgrzymki, z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim na czele. W Knesecie polscy wysłannicy publicznie potwierdzają... słuszność żydowskich roszczeń odszkodowawczych, które są ewidentnie na niekorzyść Polaków! Taka postawa to nie tylko lekkomyślność polityczna, to już zdrada interesów narodowych. Doszło nawet do tego, że rabin publicznie wygrażał palcem Janowi Pawłowi II, pouczając go w kwestiach moralności. A jak zareagowali na to polscy politycy? Nie widzą w tym nic złego, najwyraźniej nie poczuli się urażeni. Piętnuje się tylko tych, którzy domagają się szacunku dla polskiej racji stanu. My, w Polskiej Partii Narodowej, widzimy te zagrożenia. Wiemy, że to, co się dzieje, to zaprzeczenie wszelkiej normalności, wręcz absurd i w żadnym dobrze rządzonym kraju nie doszłoby do tego.
- Obawiam się, że gdyby PPN przejęła władzę, zaczęłoby się rozliczanie Stolzmanów, czy Wildsteinów za samo tylko nazwisko...
E.M.: Proszę się nie martwić! Nie jesteśmy za odpowiedzialnością zbiorową! Chociaż - z drugiej strony - nie zamierzamy przemilczać indywidualnych przypadków wysługiwania się obcym interesom, co jest bardzo powszechnym zjawiskiem w dzisiejszej Polsce. Nie mogę uwierzyć, że dzieje się to w kraju, gdzie fakt zadawania niewygodnych pytań, np. o pochodzenie, więzi narodowe, czy religię prominentów nadal wzbudza oburzenie zainteresowanych (np. Adam Michnik oburza się, że wyciągają mu aferę z mieszkającym w Szwecji bratem, będącym komunistycznym siepaczem; Aleksander Kwaśniewski obraża się za Stolzmana. Tymczasem przejrzystość życia społecznego wymaga podania do publicznej wiadomości kto jest kim, w jakiego Boga wierzy, z jakich tradycji rodzinnych się wywodzi i - co za tym idzie - w czyim interesie będzie działać.
- Czy jednak nie jest przesadą, aby po przeszło 50 latach oskarżać polskiego wydawcę o zbrodnie jego brata, zresztą od dawna mieszkającego za granicą?
E.M.: Tu nikt nikogo nie oskarża. Chodzi jednak o to, by osoby cieszące się statusem publicznych, wpływające na życie milionów Rodaków, zaprezentowały się im w pełnej krasie. Znowu pozwolę sobie odwołać się do bliskich mi realiów amerykańskich. Tam podczas kampanii wyborczej - nawet o zasięgu lokalnym - kandydatowi wyciąga się wszelkie "grzeszki", np. jak mocno zaciągał się skrętem z marihuaną w szkole średniej czy gdzie i kogo obłapiał w niezbyt wyrafinowany sposób ...na studniówce. Natomiast takie cechy jak wiara, pochodzenie społeczne czy też odniesienia rasowe to wręcz podstawowe wskaźniki publicznej oceny. By zostać agentem FBI, nie mówiąc już o CIA, trzeba się liczyć z dokładnym prześwietleniem. Badane są nawet seksualne preferencje, narodowość przodków, aktualne związki rodzinne i towarzyskie, podatność na używki czy zachowania religijne. W tej branży nikogo to nie dziwi, a wręcz przeciwnie. Wyborcy chcą wiedzieć wszystko o kandydatach i mają do tego prawo. Jeżeli w innych zachodnich demokracjach obowiązują standardy, zgodnie z którymi dokładnie prześwietla się agenta FBI czy nawet zwykłego policjanta, to kandydat na prezydenta, a więc oficjela kierującego całym państwem, powinien być prześwietlony w jakimś specjalnym, szczegółowym i przewlekłym trybie?
- Czy nie prowadzi to jednak do "polowania na czarownice"?
E.M.: Absolutnie nie! Dla przykładu weźmy Madelaine Albright, która była Sekretarzem Stanu, czyli osobą odpowiedzialną za politykę zagraniczną USA, chociaż wywodzi się z rodziny węgierskich Żydów. Przy jej wyborze na to kluczowe stanowisko zastanawiano się, czy ten fakt nie grozi stronniczością na niekorzyść USA. Analizowano, czy związki rodzinne, religia i sympatie narodowościowe mogą negatywnie rzutować na interesy amerykańskie. Widocznie sprawdzian wypadł pomyślnie, skoro pani Albright tak długo pełniła swą funkcję. Okazuje się, że sam fakt wyznawania innej religii czy posiadania odmiennego etnicznego rodowodu nikogo jeszcze automatycznie nie przekreśla, o ile dany kandydat gwarantuje reprezentowanie interesów społeczności, która go wybiera. Społeczność ta musi jednak mieć wgląd w jak najwięcej aspektów życia kandydata, by dokonać wyboru zgodnego ze swym interesem i oczekiwaniami. Arnold Schwarzenegger został wybrany na gubernatora Kalifornii po burzliwej kampanii, w której wyszło na jaw, że pozował do magazynów tylko dla gejów, brał sterydy i zdradzał żonę. Przecież to oczywiste, że jako wyborca muszę wiedzieć, czy opowiadam się za komunizującym homoseksualistą o zacięciu islamskim, czy też stawiam na heteroseksualnego katolika o poglądach prawicowych.
- W związku z tym, jak daleko można się posunąć w grzebaniu w życiorysach?
E.M.: Tak daleko, jak będzie to uzasadnione interesem publicznym. Tym razem posłużę się innym przykładem. Od miesięcy trwa wałkowanie kandydata na stanowisko ambasadora USA w ONZ, Johna Boltona. Problem w tym, że ma on wybuchową naturę - kogoś obraził, w kogoś rzucił książką, jakąś kobietę poniżył. Parlamentarzyści domagają się w publicznej dyskusji wyjaśnień oraz gwarancji, czy taka osoba będzie właściwie reprezentować Stany Zjednoczone na forum międzynarodowym. Jest to klasyczny przejaw jawności życia publicznego, której tak bardzo domagamy się - ale i boimy - w Polsce. Pragnę podkreślić, że do działalności publicznej nikt nikogo nie zmusza. Jeżeli jednak ktoś już wychodzi na arenę polityczną, musi liczyć się ze sprawdzaniem życiorysu.
- Czy mam przez to rozumieć, że przed październikowymi wyborami prezydenckimi Polska Partia Narodowa będzie zadawała kandydatom wiele niedyskretnych pytań?
E.M.: Takie pytania będziemy zadawać nie tylko w kampanii prezydenckiej, ale zawsze, jeśli będzie to uzasadnione interesem Rzeczypospolitej Polskiej. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, czy np. jej reprezentant, poseł Zbigniew Ziobro, wykazuje skłonności homoseksualne, a prezydent Aleksander Kwaśniewski - rodzinne powiązania z kręgami syjonistycznymi. Wbrew temu, co będą krzyczeć przeciwnicy, nie ma w takich pytaniach niczego niestosownego. W USA wszyscy doskonale wiedzą, w jakim kościele był George Bush, co jadł na Boże Narodzenie burmistrz Nowego Jorku, Michael Bloomberg, i który kuzyn senatora Teda Kenne-dyego dostał znowu mandat za jazdę w stanie nietrzeźwym. Natomiast to, że media czasem niepotrzebnie rozdmuchują prywatne niedyskrecje, to już zupełnie inna sprawa.
- Co przekonało Pana do programu Polskiej Partii Narodowej?
E.M.: Poglądy, które - w największym skrócie - oddaje hasło ze sztandarowego tygodnika tej partii: "Nie lewica, nie prawica, tylko Polska". Właśnie pismo "Tylko Polska" propaguje wartości, o jakich mówię. Nie ma tam, często sztucznego i mylącego, dzielenia Polski na prawą i lewą. Jest natomiast autentyczna troska o przyszłość kraju. Tak było np. w przypadku artykułów o zarobkach prezesów wielkich polskich koncernów państwowych. Mimo braku kompetencji - nie mówiąc już o zasadach zwykłej przyzwoitości - zarabiają miliony, l to w sytuacji, gdy prawie połowa społeczeństwa żyje na krawędzi ubóstwa.
- Przypomnijmy, że "Tylko Polska" jest wydawana przez Leszka Bubla, kandydata prezydenckiego, uważanego za czołowego antysemitę RP, który w poprzednich wyborach dostał zaledwie 0,04 proc. głosów...
E.M.: Tak, tylko że 10 lat temu publiczna Telewizja bezprawnie nie wyemitowała jego ponad połowy spotów wyborczych. W efekcie wyborcy nie wiedzieli, kim on naprawdę jest. Ponadto był wówczas praktycznie sam w walce z koszerną machiną. Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Uczestniczył w obronie Krzyży na oświęcimskim Żwirowisku, w obronie honoru i godności Polaków w czasie wydarzeń w Jedwabnem, zbudował Wydawnictwo Narodowe, powołał kilka aktywnie działających stowarzyszeń oraz PPN. To wszystko jego dorobek stojący za nim murem, l nic dziwnego, że w sondażach miewa ok. 5% poparcia, czyli mniej więcej tyle, ile jest Polek i Polaków świadomych tego, kto nami rządzi, a nie tylko jak. Kolejne kilka procent poparcia może nam dać kampania wyborcza. Pewien jestem, że o prawdziwym poparciu PPN i Leszka Bubla dowiemy się dopiero po zamknięciu urn wyborczych, bowiem wcześniejsze sondaże będą nas celowo pomijały lub wykazywały śladowe poparcie. Tak było przecież 4 lata temu z LPR i Samoobroną. Pan natomiast ponownie wkracza w piętnowanie propagandowymi stereotypami. Red. Bubel jest atakowany, bo ośmiela się pokazać i głośno powiedzieć, kto zagraża Polsce. Gdy wysunął swą kandydaturę w wyborach prezydenckich, dla wielu stał się naprawdę niewygodny. Stąd obecna fala procesów za rzekomy antysemityzm czy podburzanie do nienawiści. Tymczasem przeciwnikom w gruncie rzeczy przeszkadzają hasła w stylu "Polska dla Polaków", czyli promujące państwo, gdzie porządku powinna pilnować polska policja i gdzie interes rodaków powinien przeważać nad interesem obcych. Jeżeli komuś nie podoba się, że w polskim domu gospodarzą Polacy, niech go sobie sam zbuduje i urządza na swój własny sposób.
- Niezależnie od tego, co sądzą "prawdziwi Polacy", wielu obcokrajowców uważa Polskę za swój dom.
E.M.: Powiem więcej - zbyt wielu! Od setek lat Polska przyjmowała uchodźców, prześladowanych i "wybijanych do nogi" w innych krajach, jak np. społeczność żydowska. Tymczasem w połowie czerwca br. ukazało się głośne opracowanie, dokonane przez ekspertów, z którego wynika, że Polska jest... najbardziej antysemickim krajem w Europie! Oburzyło to nawet niektórych Żydów. Mamy więc sytuację jak z "opery mydlanej". Gospodarz, kierując się zwykłym ludzkim współczuciem, przyjmuje do siebie bezdomnego, który po dłuższym okresie życia w luksusie zaczyna narzekać, że żona gospodarza jest za zimna, wódka za ciepła, małżeńskie łoże zbyt ciasne, a lodówka niewystarczająco zaopatrzona. Gdy w końcu doprowadzony do ostateczności gospodarz bierze intruza za kołnierz i próbuje go wyrzucić za drzwi, biedak krzyczy, że bliźniego biją. Interweniuje policja, aresztując... nieludzkiego gospodarza, znęcającego się nad biedakiem. Oto jak wygląda polska rzeczywistość. Nie przesadzajmy więc z tą gościnnością kosztem własnych interesów.
- Tylko, że teraz sytuacja się zmieniała i interesy są wspólne - Polska weszła już przecież do Europy.
E.M.: Niech Pan będzie poważny! Ilekroć przypomnę sobie, jak w kampanii unijnej Jolanta Kwaśniewska z dumą mówiła o sobie, że jest Europejką, to chciało mi się śmiać. Co to niby znaczy? Czy "Europejczyk" brzmi lepiej niż "Polak"? Jakiej tradycji narodowej mamy się wstydzić, żeby chować się za europejskim parawanem? Zjednoczona Europa to kolejny mit, o który coraz częściej rozbijają się marzenia Polaków o lepszej przyszłości. Unia stanowi kolejny "kołchoz", z którego próbuje się wydostać coraz więcej krajów. Wystarczy przypomnieć fiasko głosowań w sprawie konstytucji europejskiej. Państwa członkowskie już dostrzegają w UE zagrożenia dla swej suwerenności.
Jednak liczba Polaków zatrudnionych w Anglii i Niemczech czy też we Francji stale wzrasta.
E.M.: l co złego wynika dla Polski? Z przerażeniem czytam oficjalne opracowania, z których wynika, że tysiące lekarzy, pielęgniarek czy informatyków szukają zatrudnienia na Zachodzie. Przecież to nie jest przejaw sify polskiej gospodarki, lecz dowód lekkomyślności decydentów. Oto Polska kształci specjalistyczne kadry na światowym poziomie, inwestuje w młode pokolenie, aby ci wykwalifikowani fachowcy pracowali później dla obcych. Nie wytrzymałaby tego nawet Ameryka, a co dopiero nasz kraj. Przyjrzyjmy się ponownie amerykańskim realiom. Stany Zjednoczone - w ramach rozmaitych loterii i programów - umożliwiają wybranym obcokrajowcom przyjazd i dają im pracę. W efekcie do USA ściągają setki tysięcy wykształconych za granicą, najczęściej młodych ludzi. USA nie ponoszą żadnych kosztów związanych z wychowaniem, wykształceniem i przygotowaniem do życia tychże pracowników. Dostają gotową, najbardziej produktywną siłę roboczą, a chętnych nie ubywa. Natomiast biedna Polska, drenowana ekonomicznie od wieków, jest dumna z masowego eksportu najbardziej wartościowej siły roboczej. Wykształcone młode pokolenie Polaków to największy kapitał i najlepszy surowiec naszego kraju. Zastanawiam się jak to możliwe, że źle się dzieje, a nikt nie reaguje. To tak, jakbym - mając np. warsztat samochodowy - szkolił latami pracowników po to tylko, by po zdobyciu umiejętności przeszli do konkurencji po sąsiedzku, w dodatku nie zwracając mi ani grosza. Panuje tu głupota na miarę "Księgi Guinessa".
- Ale przecież administracyjnie nie zabroni pan ludziom wyjazdów na Zachód...
E.M.: Administracyjnie nie, lecz należy stwarzać taki klimat w kraju, by młodzież zatrzymać, a nie mamić wizją otwartej pięknej Europy. Sam przez wiele lat pracowałem w Niemczech jako gastarbeiter, a i w USA swoje przeszedłem. Doświadczyłem na własnej skórze, jak gorzko potrafi smakować chleb na obczyźnie. Poza tym za ten - często wyimaginowany - sukces płaci się rozpadem rodzin, nieprawdopodobnym stresem, chorobami. Dostrzegam, że świadomość trudnych wyborów i bolesnych doświadczeń związanych z życiem na emigracji zaczyna powoli docierać do Polski. Dotarły do mnie echa skandalu z siecią supermarketów, gdzie pracownice nosiły pieluchy, bo nie miały czasu na wyjście do toalety. To jest jeszcze gorsze od drapieżnego kapitalizmu. Przed wszystkimi tymi zagrożeniami ostrzega Polska Partia Narodowa.
Do tego, aby się rozwijać nie musimy bezmyślnie wtapiać się w euroazjatycki tłum. Stać nas na polską drogę.
- Przypuszczam, że w dzisiejszych czasach - pogoni za pieniądzem i łatwym życiem - takie patriotyczne hasła nie będą cieszyć się popularnością.
E.M.: Liczne wizyty w Polsce utwierdziły mnie w przekonaniu, że taka szansa istnieje. Jest młodzież, która czeka na szansę na normalne życie w swoim kraju, gdzie w cenie byłyby: praca, tradycja, uczciwość. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy uważają te pojęcia za wyświechtane, lecz przecież w wielu rodakach drzemie olbrzymi potencjał odrodzenia tych wartości. Dlatego należy walczyć ze wszystkim, co ten proces hamuje. Nie będzie to walka łatwa. Ostatnio w polskiej - ale chyba tylko z nazwy - telewizji oglądałem program, w którym pokazano prawdziwego człowieka sukcesu. Rodak -informatyk odniósł sukces w Wielkiej Brytanii. W jaki sposób? Otóż wymyślił odgłosy wydalania i inne dźwięki fizjologiczne, używane zamiast tradycyjnego dzwonka w telefonach komórkowych. Prezenterka, z całym przekonaniem przedstawiła go jako przykład polskiego biznesmena, który - używając głowy - zaistniał na Zachodzie. Oto dobrodziejstwo kultury masowej. W polskiej telewizji uczy się młodych potomków Chopina bezmyślnego rapowania, z harataniem płyt włącznie. Europejczycy dobrowolnie dają się zapędzać do dżungli.
- Ależ to trend na całym świecie! Trudno wymagać, by w zakresie kultury masowej Polska była inna.
E.M.: Tak, tylko że we wszechobecnej na całej kuli ziemskiej kulturze masowej giną nasze polskie akcenty. W USA na jednym z najpopularniejszych kanałów telewizyjnych nadaje się na okrągło tańce kowbojskie, które przecież wyrosły z tradycji Dzikiego Zachodu i można je uważać za twórczość ludową pierwszych osadników. Muzyka "country and western" przeżywa "boom" jak nigdy dotąd. Już w szkołach podstawowych dzieci uczą się swych tańców i piosenek narodowych. Tymczasem w Polsce łatwiej o festiwal tańca żydowskiego, przegląd nowojorskiego hip-hopu czy przegląd muzyki celtyckiej niż o słowiańską imprezę folklorystyczną. Początkujące piosenkarki zaczynają śpiewać po angielsku, bo po polsku nie jest "cool".
- Myślę, że powrót do tradycji jest jednak dostrzegalny. Restaurowane są kolejne zamki, organizowane są imprezy historyczne, jak choćby symulacja bitwy pod Grunwaldem...
E.M.: To tylko wyjątki, potwierdzające regułę. Czy może Pan sobie wyobrazić, że do dziś nie może powstać katedra słowiańska z prawdziwego zdarzenia na polskiej uczelni? Dopiero od niedawna z dużym trudem takie próby są podejmowane w Opolu. Natomiast w USA problematykę Afroamerykanów czy Indian posiada w ofercie uczelnianej każdy collage. Tylko w Polsce ignoruje się historię. Gdzie są badania nad wierzeniami Słowian, ich językiem i zwyczajami? W USA guzik z 50-letniego munduru to już wartościowy zabytek. W Polsce tysiącletnie słowiańskie osady czy grobowce nie mogą doczekać się należytych badań i wyeksponowania. Postrzegam te sprawy przez pryzmat doświadczeń amerykańskich, więc dostrzegam te skandaliczne zaniedbania ze zwielokrotnioną siłą i rozżaleniem.
- Czy Polska Partia Narodowa, po wygranych wyborach będzie kazała wszystkim rodakom chodzić w lnianych siermięgach, modlić się do Światowida i jeść pszenne podpłomyki, pieczone na rozgrzanych kamieniach?
E.M.: (śmiech) Osobiście nie miałbym nic przeciwko temu. Mówiąc poważnie, wbrew temu, co twierdzą nasi przeciwnicy, wcale nie chodzi o sprowadzenie Polski do poziomu ludowego skansenu. Chcemy pokazać, że nie "wypadliśmy sroce spod ogona", że mamy tradycję i ciągłość narodową. Żyjemy we wspólnym pięknym domu, w którym od wieków nasi pradziadowie pracowali, kochali, umierali. To do czegoś zobowiązuje. Chciałbym, by Polacy we własnym kraju czuli się tak, jak czuje się imigrant, który po 20 latach wraca do ojczyzny. Co on czuje? W każdym zakątku czuje, że to jego święte miejsce na ziemi.
- Wiadomo, że w Polsce, karierę polityczną robi się często dla pieniędzy, a znacznie rzadziej dla idei. Do której kategorii Pan się zalicza?
E.M.: Milionerem nie jestem, ale na Zachodzie pracowałem już wystarczająco długo, by osiągnąć pewien komfort finansowy. Nie zależy mi więc na dietach, uposażeniu czy dotacjach na utrzymanie biura poselskiego. Od lat daję darowizny na domy dziecka w rodzinnych okolicach. Sporo przekazałem na imprezy młodzieżowe i restaurowanie zabytków. Nie przyjeżdżam więc do Polski z wyciągniętą ręką. Mogę sobie pozwolić na przywilej służenia rodakom, a nie pieniądzom, władzy, układom, l to chyba też zasadniczo różni mnie od wielu kandydatów, chcących zaistnieć na polskiej scenie politycznej.
- Przypuszczam jednak, że nie będzie miał Pan łatwej drogi do Sejmu. Zbyt duża konkurencja. A rodak z USA to wygodny przeciwnik: nie zna polskich realiów, nie wiadomo, kto za nim stoi, nie jest przyzwyczajony do swojskiej kopaniny politycznej, znanej choćby z telewizji...
E.M.: Nie obawiam się żadnej konfrontacji. Realia polskie znam doskonale. Będąc polonijnym producentem telewizyjnym, siłą rzeczy musiałem mocno siedzieć w sprawach polskich. Tak więc raczej się nie boję rywalizacji politycznej w ramach przysłowiowego "polskiego piekiełka". Poza tym, moja rodzinna miejscowość to niewielkie Duszniki Zdrój, gdzie realia wymagały ode mnie pewnej siły przebicia. Mam nadzieję, że zaprocentuje ona w kampanii parlamentarnej.
Rozmawiał Andrzej Wąsewicz